Początek

DSC_0191.JPG

Zobaczyłem żółty drewniany domek. A za nim wąskie pasemka pól porośniętych sadem. Ciągnęły się hen, aż na grzbiet wapiennego wzgórza. Było ciepłe wrześniowe popołudnie. Na domku wisiała deska z napisem: SPRZEDAM i numer telefonu. I tak to się zaczęło.

Dom był zaniedbany, od dawna nikt w nim nie mieszkał. Na podwórku rosły pokrzywy, a w ogródku dzikie wino, róże i  bzy tworzyły nieprzebyte kłębowisko. Z tyłu, za pochylonym ze starości parkanem i niedomkniętą bramą rósł zapyziały zagajnik śliwkowy. Dalej łąka, a jeszcze dalej młody sad wiśniowy wspinał się na zbocze wzgórza. Poszedłem na szczyt wzgórza wzdłuż sadu polną drogą wysypaną zebranymi z pól wapiennymi kamieniami. Było ciepło. Cały ten krajobraz był ciepły.

Stojąc na wzniesieniu ujrzałem roziskrzoną Wisłę płynącą w dolinie od strony Sandomierza. Zimą rzeka jest naturalnym grzejnikiem chroniącym drzewa owocowe przed mrozami, latem łagodzi upał, gasi burze i gradobicia. Bliżej, pod stopami, w cieniu rozłożystych drzew, rozciągnięte wzdłuż szosy niczym rozrzucone kolorowe paciorki leżały zabudowania Bliskowic. Widać było kościół w Świeciechowie, za którym kręta szosa wiedzie na południe do przeprawy w Annopolu. Z prawej strony wjazd do Popowa, Wałowic, Basonii i dalej na północ do Opola Lubelskiego i Kazimierza nad Wisłą. Na wprost, pomiędzy zielonymi ciągle drzewami orzecha włoskiego widać było ten żółty, drewniany domek. I tuż obok słup elektryczny z wielką kulą bocianiego gniazda.

Stąpając po rozsianych wokół wapiennych okruchach zastanawiałem się nie „czy”, ale „jak” najlepiej rozplanować rzędy i podział na parcele oraz od jakich odmian winorośli zacząć.

Najpierw doleciał mnie swąd palonego tytoniu, a potem: – Dzień dobry. Podoba się?

Tak poznałem Rurkę. Człowieka, bez którego początki winnicy Dom Bliskowice byłyby jeszcze trudniejsze.

Lech