Pionierzy

Przybyliśmy do Bliskowic jako goście, a trochę jako pionierzy. Może nawet bardziej jako głosiciele dobrej nowiny: i u was może nastąpić cudowna przemiana wody w wino. W wypastowanych butach omijamy kurze kupy, nasze przywiezione z miasta błyszczące akcesoria wzbudzają powszechną wesołość i zaciekawienie. Jesteśmy czyści i wymyci. Jesteśmy z Warszawy. Patrzą na nas mężczyźni pijący swój codzienny kieliszek chleba w blaszaku pod sklepem. Przed naszym przybyciem niczym tsunami rozlała się szeroko po miedzach i zaatakowała ludzkie mózgi wieść: ludzie z Warszawy kupują Górę i będą wydobywać wapień; wracają, cwaniaki, do gierkowskiego jeszcze pomysłu, a te winnice to taki pic. W niewielkiej odległości za tą plotką przybyliśmy my sami. Do naszej Ziemi Obiecanej. Przylepiliśmy sobie nieomylne miny zdobywców, bo przecież mamy wspaniałe miejsce do uprawy winogron, miejsce o podręcznikowych wręcz warunkach.  A więc ziemia o świetnym drenażu, która  wchłania nadmiar wody, aby oddać ją w czasach suszy. A więc mocno nachylony stok umożliwiający właściwą cyrkulację powietrza i ograniczający do minimum ryzyko wiosennych przymrozków – zmory winogrodników na całym świecie. Pole, a jakże, wystawione jest na południowe słońce i ciepłe zachodnie wiatry. W pobliżu szeroko rozlana Wisła pełni rolę grzejnika podczas zim. Piękne krajobrazy. Mili, pracowici ludzie. I ta specyficzna błogość wisząca w powietrzu. Winne Eldorado. Nic, tylko sadzić krzewy winorośli.

 Ale jakie krzewy? Jaki wybrać gatunek z dziesiątków odmian uprawianych w krajach z tradycjami winiarskimi? Czy na wina białe, czy raczej czerwone? Odpowiedź nie jest oczywista. Jesteśmy przecież pionierami. Ta ziemia od zawsze rodziła kartofle na obiad, cebulę dla ruskich i zboże na siwuchę. Winogrona miejscowi widzieli, owszem, ale w sklepie albo przylepione do ścian dziadkowych chałup cierpko-lisie baldachy. I chociaż jestem absolutnie przekonany, że za kilkanaście lat powstaną tu wspaniałe winnice, łatwo o pomyłkę w wyborze krzewów. Jeszcze raz powraca refleksja: może lepiej te pieniądze wydać w Burgundii lub innej Toskanii, a nie być akuszerem kolejnej wersji jabola. Rozmowa o uprawie na skalę większą niż ogródek przydomowy wywołuje niepewny uśmieszek i kłopotliwe milczenie tubylców. Takie tam wygłupy miastowych.

Decydujemy się na odmiany czerwone, bo wiadomo, czerwone wino musi być. To prestiż i nobilitacja. Ale nie odpuszczamy białych. Powód: łatwiej dojrzewają, no i wino białe też niczego sobie. Poza tym jesteśmy w Polsce i barwy te same się narzucają. Zatem kompromis patriotycznie wytłumaczalny. Ale co dalej? Gdzie i co kupić? Żeby wsadzić jak najszybciej i przed narodzinami wnuków doczekać się uznania u smakoszy.

Poznajemy pana Krzycha. Pada pytanie: chcecie robić biznes czy zabawić się? Odpowiedź: to i to. Hmmm... Niedobrze. Na kolejnej rozmowie następuje sprecyzowanie celu: robimy art-biznes. Chcemy dobrych pieniędzy za bardzo dobry produkt. I przy tym zabawić się. W tym momencie z Krzycha, niczym z rozłupanego antałka, wylewa się rzeka wiadomości. Potwierdza, że mamy znakomitą lokalizację. Że najważniejsza jest jakość, zaraz potem ilość. A jeszcze ważniejsza jest coroczna  pewność plonu. A już super-super-ważne jest zgranie wszystkiego: gleby, podkładki, odmiany, metody uprawy, ochrony przed chorobami, zarządzania pracami polowymi... Wiedza i ludzie, ludzie i praca na okrągło. Zero tolerancji dla błędu. Zgoda. Wchodzimy. Zgadzamy się na wszystko, byle szybciej sadzić. To nic, że jeszcze rosną wiśnie, to nic, że ziemia wymaga przygotowania. My już widzimy i słyszymy, jak dojrzewają owoce, buzuje moszcz w kadziach, a młode wino pyszni się w kielichu. Szybciej.

Odmierzamy rzędy, szacujemy krokami odległość. Rozpalamy grilla. Ktoś wyciąga zimne piwo. Robimy zdjęcie księżyca i gwiazd, których jakoś w Warszawie nie widać. Płoszymy niechcący sarny. Współczujemy skamlącemu w oddali psu. Wycierając błoto z obcasików wsiadamy do swoich samochodów i wracamy via Kazimierz do domu. Jesteśmy właścicielami winnicy Dom Bliskowice