Dzieci

 
Ojciec Wirgiliusz uczył dzieci swoje,
a miał ich wszystkich sto dwadzieścia troje

 

Gdy nadchodzi lunatyczna noc, taka jak ta, z księżycem jak emaliowana misa, cichcem wymykam się do winiarni. Żwir chrzęści pod stopami, gdzieś w pobliżu bardziej czuć niż słychać odgłosy walki o życie, jakieś szepty i krzyki rodzących się i umierających istot. Grzbiet wzgórz wyraźnie odcina się od jasnego nieba. Wierzchołki winorośli poruszają się, pulsują i kołyszą delikatnie, skrywając bal nocnych motyli.
Wchodzę do zimnego pomieszczenia. Szybko zamykam za sobą drzwi pilnując, aby nawet lekkie muśnięcie ciepłego powietrza z zewnątrz nie zakłóciło bezruchu wskaźnika w termometrze. Czuję zapach spracowanych drożdży i woń oddychającego wina. Zapalam przytłumione kloszem światło. Z cienia wyłaniają się metaliczne kształty stalowych kadzi, błyszczących pojemników i skrzyń maceracyjnych. Stoją niczym szeregi inkubatorów, w których chronią się kruche winne istnienia. Pod stalową skórą zbiorników czuję przepływ westchnień, transfer życiodajnych impulsów. Wino żyje, rośnie, mężnieje. Nabiera cech, z którymi kiedyś pójdzie w świat, sławiąc miejsce narodzin i wychowania. Bezgłośnie opowie: tak oto pachnę, smakuję i wyglądam. Bo takim mnie stworzyli i tak ukształtowali. Takie jestem.
Lekko zakurzone manometry i zegary informują o stanie zdrowia wina, wołają o pomoc lub potwierdzają właściwość zaordynowanych środków. Przytwierdzone karteczki z nazwami wina, jego wiekiem i historią zastosowanych zabiegów wyglądają niczym indywidualna karta pacjenta. Są metryczkami, świadectwami narodzin, kronikami kilkunastomiesięcznego życia. Kreska na wykresie nieubłaganie idzie w górę. Gdy zbliży się do końca skali, karteczki dostają status świadectw dojrzałości, a wino – szansę na nowe życie.
W koszach pod ceglaną ścianą leżą przytulone do siebie butelki. Jakby wiedziały o kończącym się okresie niemowlęcym, jakby czuły obecność progu winiarni, za którym jest nieznane. Jeszcze jedna noc w braterskim uścisku, jeszcze chwila razem, jeszcze korzystają z ochrony, jaką daje dom rodzinny, miejsce poczęcia i dorastania. Jutro lub pojutrze, a na pewno wkrótce, rozstaną się na zawsze, trafią w obce ręce. Przyniosą komuś radość, a zabiorą smutek.
Pochylam się, robię zdjęcie. Opuszkami palców dotykam wypukłości na etykietach. Moje cyferki, moje literki.
Wychodzę na zewnątrz. Patrzę w stronę oświetlonych księżycem winorośli. Widzę, jak w srebrzystym blasku przegląda się miliard drobinek. Jak ciągną z ziemi i chłoną z księżyca i tej magicznej nocy moc i siłę sprawczą, która pozwoli na poród kolejnych pokoleń. Po księżycowej drabinie wracam do sypialni.
Śnią mi się kolejne roczniki win z Domu Bliskowice, owoc miłosnego splotu nostalgii i pysznych marzeń o podboju świata.
Rano jeszcze raz sprawdzę, jak się mają. Są dorosłe, gotowe do niesienia dobrej nowiny. Potrzebują tylko rodzicielskich słów otuchy:
– Dacie sobie radę.